//////

Scjentyzm powstał ze zdobyczy poszczególnych gałęzi nauk oraz elementów pozytywizmu, empiryzmu, materializmu, ewolucjonizmu, kształtując świato­pogląd, którego podstawą jest całkowite zaufanie do nauki. W myśl tego sposobu widzenia świata nauka przyrodnicza jest wiedzą pewną. Funkcją nauki jest stwierdzenie faktów. Zakresem nauki jest wszystko, co istnieje. Nauka ma wartość największą, ma misję społeczną, moralną i polityczną. Prorokami tej „wiary” byli m.in. Augustę Comte, John Mili i Herbert Spencer. Współczesna nauka uzasadnia swoje istnienie i środki w nią inwestowane ogromną ilością wiedzy praktycznie użytecznej, jakiej dostarcza ludzkości.

Jeden z najlepszych znawców widzenia Przyrody w nauce Kościoła katolickiego, ksiądz Jan Grzesica, wyjaśnia:  „Skoro zatem rzeczywistościom ziemskim, a wśród nich naturalnemu środowisku człowieka, przyznana jest jakaś forma trwania wiecznego, jeśli nie stają one w obliczu nieuchronnego unicestwienia, w takim razie ich «ostatecz- ność» wskazuje na ich dużą wartość, a zarazem rzuca pewne światło na kierunek ich dalszego rozwoju i są one zapoczątkowaniem takiego stanu, jaki je czeka w ostatecznym ich przeznaczeniu. Uznanie tej wartości środowiska w świetle jego przeznaczenia wymaga między człowiekiem a środowiskiem kooperacji. Wiara chrześcijańska ukazuje sens takiej kooperacji.

Dlaczego tak łatwo pomijano inne wskazania Pisma Świętego? Ilustruje to świetnie znaną zasadę, że lepiej słyszy się to, co się chce usłyszeć, i zamyka się uszy na słowa niewygodne, nie wyrażające wcale tak pochopnej zgody na swobodne (i bez ograniczeń) korzystanie z Ziemi. Zwłaszcza w XVIII i XIX wieku, w początkach rewolucji przemysłowej bardzo chętnie powoływano się na to usprawiedliwienie Boże, podkreślając (pożal się Boże) wyjęte z kontekstu przyzwolenie na eksploatację. A kto takimi słowami podpiera swoje zaborcze zachowanie, nie na próżno są mu one wytykane jako przyczyny wszelkiego zła, obarczając przy okazji winą całe chrześcijaństwo i pomijając wszystkie tkwiące w chrześcijaństwie wartościowe nastawienia przyrodnicze.

Człowiek więc nie występuje tu w roli władcy i pana stworzenia, lecz raczej jako troskliwy gospodarz i ogrodnik Boga. Taka rola nakłada na człowieka dużą odpowiedzialność wobec przyrody, a szczególne stanowisko wobec przyrody i „władcze” uprawnienia człowieka zostały ograniczone. Może to pojęcie „uprawiać i zachowywać”, a nie „panować”, są właściwszym tłumaczeniem Księgi Rodzaju? W tylu miejscach tradycji chrześcijańskiej widzimy przykłady zadumy nad pięknem przyrody i troskę Boga o najmniejszego wróbelka. Zastanawia więc, czemu spośród licznych cytatów dotyczących stosunku do przyrody ten „o poddań­stwie Ziemi” został tak podchwycony i lansowany, często wyjmowany z kontekstu, używany jako „przepis” na chrześcijańskie postępowanie ze środowiskiem?

Po tym przeglądzie religii widzących człowieka w jedności ze wszystkimi żywymi istotami spróbujmy uważnie posłuchać przesłania najbliższej naszej kulturze i tradycji religii chrześcijańskiej. Zresztą wielu filozofów rozpatrując stosunek do przyrody zaryzykowałoby określenie nawet szersze: religii judeo- chrześcijańskich (czyli religii żydowskiej, różnych odłamów religii protestanc­kich oraz katolickiej i prawosławnej). To właśnie chrześcijaństwu najbardziej dostało się „po uszach” od myślicieli i autorów filozoficznych rozpraw doszukujących się w latach 70. moralnych przyczyn kryzysu ekologicznego. Jednym z najgłośniejszych w tej krytyce był artykuł L. White’a, który w 1967 roku wywołał duże zainteresowa­nie, ukazując się w poważnym piśmie naukowym „Science”.